Relacja z wycieczki do wąwozu Samaria...

No i pojechałam... Do autokaru wsiadłam jeszcze przed świtem. Tuż po 10 byliśmy u wejścia do autokaru... Pilotka poprosiła "tą panią w sandałkach", żeby może spojrzała na wejście do wąwozu, bo jeszcze jest czas by z wycieczki zrezygnowała... Ja na szczęście miałam rzecz bardzo ważną, a mianowicie sportowe obuwie, aczkolwiek, przydałyby się traperki - takie za kostkę - na szczęście uff... nogi nie skręciłam...


U wejścia do wąwozu...


Na pierwszym tarasie widokowym...


Tu akurat wlazłam specjalnie w kamienie...


Droga nie wiodła po ścieżce, ale po wyślizganych kamieniach... Tak naprawdę o podziwianiu przyrody to można było sobie tylko pomarzyć, bo trzeba było patrzeć pod nogi, żeby się nie przewrócić... Hmm... Ale przeszłam i jestem z siebie dumna... Jak się do tego wąwozu wejdzie to droga jest tylko jedna dalej do przodu... Na szczęście szłam ze znajomą - panią Iwonką z Łeby (jej córka też odmówiła przejścia wąwozu...) Wspierałyśmy się wzajemnie, żeby się nie poddać i iść dalej... Z resztą nie było jak się poddać. Mniej więcej w połowie drogi stoi sobie lekarz z osiołkiem - to tak jakby ktoś nogę złamał. Osiołek to jest tam jedyny możliwy środek transportu, ale...jak komuś się nogi do krwi poobcierają, to osiołka nie dostanie - najwyżej plaster, bo pogotowie to nie taksówka... No i na dodatek trzeba się śpieszyć, bo jedyny prom z Agia Roumelli odpływa o 18.00, a dróg tam nie ma samochody nie jeżdżą... Hmm... A teraz najlepsze... Naprawdę nie należy wierzyć, że w wąwozie jest chłodno, albo jest cień... W cieniu w lipcu i tak 40 stopni Celsjusza, a wąwóz jest taki słoneczny... ;-))) To jest jedyny wąwóz przez którzy Grecy przepędzają turystów, bo płynie nim strumień i można po drodze nabierać z niego wody do picia... 


A tędy to się normalnie szło...


Pod strażnicą w Agios Nikolaos


To była ogromna polana z poukładanymi kamieniami jeden na drugim... po 3, 4 a nawet 5...

Hmm... Jakbym jeszcze miała w plecaku mieć picie na cały dzień, to bym się chyba nie zdecydowała... A cóż takiego prócz picia  należało mieć w plecaku? Dla mnie bardzo ważny był ręcznik, kostium kapielowy no i sandały do pływania (chroniące przed jeżowcami)... Dlaczego? Otóż jedyne, co mnie motywowało do tego, żeby iść, jak już byłam naprawdę wycieńczona, to to, że tam za kilka kilometrów jest morze i będzie można się opłukać z kurzu, ochłodzić przegrzane ciało no i jeszcze mieć nadzieję na spłukanie się z soli... Oczywiście miałam jeszcze aparat fotograficzny i coś do jedzenia... To ostatnie się nie przydało, a aparat jak widać tak... Całą trasę przeszłyśmy przez 6 godzin i jest to taki średni czas przejścia... Ciekawa rzecz, że kupon Bilet wstępu do wąwozu ma dwa kupony kontrolne - jeden oddzierają przy wejściu do wąwozu, a drugi przy wyjściu... Po prostu musi się zgadzać liczba ludzi, którzy weszli i wyszli. Mało brakowało, a byłoby o mnie mniej... Poślizgnęłam się na kamiennej ścieżce nachylonej w kierunku przepaści... Oj wydzieliło się wtedy troszkę adrenaliny - nie tylko u mnie...   Więcej w tym było strachu niż stało mi się krzywdy... 


Odpoczynek w trasie... Ale ciężko było potem wstać...


Tak wygląda naprawdę zmęczony człowiek...


A tu już rześka czekam na statek ledwo widoczny w oddali...

Więcej złego robił upał... Trochę się nawet bałam, bo okazało się, że bardzo mi puchną ręce i nogi, ale ten objaw występował prawie u każdego i na szczęście wszystko minęło w jakieś pół godziny po tym, jak dotarłam do tawerny, w której byliśmy umówieni z naszą panią pilotką... Hmm... Padłam wycieńczona na krześle. Kelner podbiegł natychmiast!?... Zamówiłam kawę mrożona... hmm... Ale podał ją już po grecku - to znaczy po pół godzinie, a ja nawet nie miałam siły silniej o tę kawę się domagać... Ale jakie to było błogie uczucie - wreszcie siedzieć i mieć mrożoną kawę... Chłodne, cywilizowane picie... Woda w strumieniu, wbrew pozorom taka znowu chłodna nie była... Jeść mi się zupełnie nie chciało, ale z rozsądku coś zjeść trzeba było... Rozsądek podpowiedział tzatziki... i dobrze podpowiedział, bo to była jedyna rzecz, jaką można zamówić w greckiej restauracji, lub tawernie, która zawsze kosztowała tyle samo i zawsze miała nieprzeogromną objętość... To był moment, w którym już odzyskałam siły na tyle, żeby dojść do morza i popływać... I jak już byłam taka świeżutka i radosna, przeżyłam koszmar ubrania się w przepocone ubranie, w którym cały dzień chodziłam... Ale mimo wszystko z radością czekałam na prom, którym dopłynęłam do autokaru.... Czego żałuję? Nie widziałam kózek kri-kri... Czego nie żałuję? Nie żałuję tego, że nie zabrałam rodzinki. Nawet jestem z tego bardzo zadowolona - ta wycieczka była bardzo męcząca, a moje dzieciaki tak troszkę chciały jechać, ale tylko po to, by te kozy zobaczyć... Nurkowanie było dla nich o wiele większą atrakcją...

Hmm... Przeszłam przez wąwóz... Zmęczona byłam okrutnie, ale i tak uważam, że warto było...

 

strona główna/rodzinka/kuchnia/żeglarstwo/wspomnienia/
Kreta/polityka/najlepszy film na świecie/kontakt ze mną

 

Copyright (C) 2001  Joanna Duszczyńska

All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zajrzyj na moją nową stronę mojedania.pl